Zatrzasnąłem stary, skórzany notes, gdy z wieży zegarowej Oakhaven uderzył trzeci dzwon. Nad miastem unosiła się ta sama, co zwykle, ciężka powłoka brunatnego dymu z manufaktur, dusząca w gardle posmakiem sadzy i spalonego tłuszczu. Kolejny dzień w Erze Żelaza. Kolejny dzień nieznośnego marazmu. Zszedłem w dół, ku Dolnemu Przedmieściu, akurat w momencie, gdy na plac wjechały ciężkie, okute żelazem wozy Zakonu Ortodoksji. Towarzyszyły im „Żelazne Kły” – gwardziści z Wielkiej Straży Króla. Ich czarne pancerze lśniły złowrogo w chłodnym, jesiennym słońcu. Na czele, na ogromnym, ogarniętym apatią ogierze, jechał on. Namiestnik Soran. Nie odezwał się ani słowem. Wystarczyło, że uniósł zakutą w stal dłoń, a tłum gapiów natychmiast zamarł w paraliżującym strachu. Ludzie z Inkwizycji, odziani w poplamione krwią i alchemicznymi odczynnikami fartuchy, przystąpili do swojej codziennej rutyny. Do głównych miejskich studni zaczęli wlewać gęstą, oleistą ciecz. Kolejna potrójna dawka jadu. „Środ...
Komentarze
Prześlij komentarz