Od Keyi do Sorana
Wokoło panowała nocna ciemność, a śmierdzące opary sprawiały, że widoczność była naprawdę niewielka. W piwnicy jednego z budynków, który stoi tutaj już setki lat na obrzeżach Dolnego Przedmieścia znajdowała się siedziba, w której rudowłosa dziewczyna ostrożnie ważyła ususzone wcześniej zioła.
Tym razem stawka miała być większa niż zwykle. Zamówienie wpłynęło od kogoś, kto bardzo chciał zachować anonimowość.
Keya nie wiedziała jeszcze, z jak dużym ryzykiem będzie się to wiązać.
Jej skaleczone palce od kolców Płucnika Rdzawego, (znanego z tego, że hamuje krwawy kaszel i pozwala bogaczom z Oakhaven oddychać bez charczenia) pracowały niezwykle zwinnie. Skupienie sięgało zenitu, kiedy musiała oczyścić próbki i przygotować dokładnie odważony proszek.
- Skończyłam - ocierając pot z czoła, wypuściła głośno powietrze.
Gdzieś obok na krześle dało się słyszeć nagłe poruszenie.
- Zamierzasz przekazać pakunek osobiście? - zaspały głos Viry wypełnił małe pomieszczenie, a jej przeciągłe ziewanie zirytowało rudowłosą.
- Nie - burknęła, niezadowolona z lenistwa swojej towarzyszki. - Ty dokonasz transakcji.
Keya nie mogła pozwolić sobie na samowolkę. Ostatnio zaostrzone kontrole mogły doprowadzić do jej nakrycia lub, co gorsza, nawet uwięzienia w Królewskich Lochach.
Działalność młodej kobiety zaczynała się rozszerzać. Popularność rosła z miesiąca na miesiąc, a lecznicze działanie ziół stawało się niebezpieczną walutą. Zatem rudowłosa wiedziała, że musi zwiększyć czujność.
- Jak to?! - blondynka poruszyła się na krześle momentalnie, nadymając policzki. - Wiesz, że nie mam doświadczenia.
W odpowiedzi początkowo usłyszała jedynie ciche westchnięcie. Zielone oczy Viry zdradzały strach, a Zielarka doskonale wiedziała, że nie ma wyjścia.
- Powiedziałaś, że będziesz dla mnie pracować - Keya twardo stała przy swojej decyzji.
I choć wiedziała, że nie powinna przywiązywać się do zwykłych śmiertelników, skażonych i narażonych na działania Królewskie - Vira wywoływała poczucie sympatii. Lubiła tę dziewczynę. Znały się od niecałych dwóch miesięcy, a już wytworzyły między sobą niewidzialną nić porozumienia.
- Masz rację - po chwili ciszy odpowiedziała. - Po prostu się boję.
Keya wstrzymała oddech, przerywając pracę. Skupiła wzrok na szesnastolatce i zmarszczyła gniewnie brwi. Nie dlatego, że nie rozumiała. Wręcz przeciwnie, wiedziała, że to niebezpieczna gra. Spoglądała na długie, jasne włosy oplatające chudą twarz i zielone oczy. Z taką aparycją i urodą dziewczyna powinna wykonywać bardziej przyjemne sprawunki, a jednak coś pchnęło ją w ramiona Przemytników.
- Albo idziesz, albo znajdę kogoś innego - skłamała rudowłosa, stając teraz z założonymi na piersi rękami przed towarzyszką. - Jeśli Ci nie pasuje, zawsze możesz stąd odejść.
Obie wiedziały, że tak naprawdę w Przedmieściach nie ma dobrych wyborów. Życie tutaj sprowadzało się do ciągłej walki. Jeśli nie ze samym sobą, to z wszystkimi naokoło.
Złotowłosa Vira uniosła ręce w obronnym geście, uśmiechając się.
- Dobra, dobra - zaczęła się wręcz cicho śmiać. - Nie było tematu. I tak nie mam wyjścia.
Miała rację, o czym obie dobrze wiedziały.
Keya przewróciła oczami w geście zmęczenia i wyminęła dziewczynę, aby zabrać z półki na kamiennej ścianie kilka flakoników. W jej głowie pojawiło się niebezpieczne przywiązanie, które nie powinno tam zaistnieć. Z jakiegoś jednak powodu polubiła Virę. Jej poczucie humoru zawsze sprawiało, że dzień stawał się łatwiejszy. Szczególnie w takim miejscu jak stolica tego śmierdzącego królestwa.
Serce Imperium Oakhaven rządziło się własnymi zasadami. Codzienna walka o przetrwanie mieszała się ze zwykłymi ludzkimi potrzebami przyjaźni, miłości przeplatając się jednocześnie z pesymizmem.
Większość ludzi, którzy tutaj mieszkali nie mieli wyboru. I to czyniło ten świat okrutnym. Nadzieja na przetrwanie kolejnego dnia popychała ich do podejmowania kolejnych działań. I prawdopodobnie tylko to złudne poczucie kontroli swojego losu sprawiała, że chcieli walczyć o więcej.
Niedługo potem Keya skończyła przygotowywać pakunek, który miał się znaleźć pod sercem Viry. To pod ubraniami kobieta przenosiła nielegalne zawiniątka, tak, aby Ogary albo Straż nic nie zauważyły.
Rudowłosa robiła to wielokrotnie. Jej znajomość roślin była imponująca, a wyuczone zdolności przemytnika sprawiały, że nigdy nie została przyłapana. Ale Vira dopiero zaczynała, a klient miał być kimś ważnym.
- Wpadam tam i wypadam - młodsza dziewczyna próbowała chyba przekonać samą siebie, że wszystko pójdzie tak, jak trzeba.
Z nieznanego jeszcze powodu w Keyi sprawiało to dyskomfort. Tak, jakby intuicja podpowiadała jej, że powinna przerwać operację. A jednak rudowłosa postanowiła zignorować tę nutę niepewności. I choć zwykle tego nie robiła - wizja dużej zapłaty nieco ją zaślepiała. Nazywała to szansą, a w tym świecie wiele takich okazji nie było. Być może dlatego też podświadomie nie chciała robić tego sama. Tak, jakby wysłanie niewinnej istoty było lepszym wyborem. Jednak posiadani sumienia w Podziemiach zawsze słono kosztowało.
Więc odrzucając myśli niepewności rudowłosa zacisnęła mocniej pas na nagiej skórze Viry. Potem pomogła jej się ubrać w brudną, zwiewną sukienkę. Zacisnęła gorset mocniej niż zwykle, aby pakunek był lepiej zabezpieczony.
- Nie mogę oddychać - narzekała jasnowłosa, ale jej szefowa nie zwracała na to uwagi.
- To tylko na chwilę - zapewniała.
Potem pomogła jej nasunąć płaszcz, który sięgał aż do ziemi i w nocy niemal perfekcyjnie skrywał całe jestestwo.
Kiedy wszystko było gotowe Vira jako pierwsza opuściła budynek. I choć zwykle Keya tego nie robiła, tym razem coś w jej wnętrzu podpowiadało, że powinna iść za dziewczyną. Przeklinała w głowie ten pomysł wiedząc, jak wiele ryzykuje. Wiedziała doskonale, że nawet najmniejsze więzy z innymi ludźmi sprawiają, że staje się słaba. Podatna na zranienia, których przecież i tak już wiele doświadczyła.
Klnąc pod nosem zabrała z drewnianego krzesła własne okrycie, które narzuciła na plecy. Włosy spięła wysoko, chowając pod kapturem, bo to one rzucały się najczęściej w oczy. Na jej udach spoczywały dwa sztylety wykonane z twardego żelaza dobrej jakości. Zdobyła je jeszcze jako niemal dziecko i nosiła niczym pamiątka wspomnień tamtych lat. Były one świadkami wielu rzezi i diabelskich mordów.
Wychodząc za drzwi uderzył w nią specyficzny zapach tego miejsca. Brud mieszał się z oparami toksycznej wody. I choć jej nos zdążył przywyknąć do tych woni, one zawsze budziły w niej niepokój.
Mrok szybko ją pochłonął. Uliczki pokryte były ciemnym błotem, a szare budynki w nocy zupełnie traciły kontury. Królestwo nie zapewniało tutaj żadnych dogodności. Gdzieniegdzie można było nawet zobaczyć odchody ludzi lub leżących bezdomnych. Oczy przyzwyczajone do pracy w ciemności szybko odnalazły widok ścieżek. Wyostrzony słuch rejestrował każde niepożądane dźwięki, a ciało reagowało natychmiast na polecenia.
Odtwarzając w głowie miejsce spotkania z kupcem, ruszyła za wysłaną wcześniej dziewczyną. Poruszała się cicho, niczym kot, który poluje na zręcznego przeciwnika. Znalazła przejście górą, gdzie nikt nie mógł jej dostrzec, a ona będzie mogła doskonale widzieć transakcję. I z każdym kolejnym przebytym metrem czuła, że coś jest nie tak.
Po dłuższej chwili zawisła na dachu szewca, skąd widziała dokładnie ciemną uliczkę, w którą zaraz miała wkroczyć Vira. Słyszała jej kroki w oddali już po kilku minutach. Tylko zręczność Keyi pozwoliła na szybsze przybycie na miejsce. Nikogo jeszcze na miejscu nie było, oprócz kilku szczurów. W zaułku ciemność rodziła największe strachy.
Zaraz potem oczom rudowłosej ukazała się młodsza towarzyszka. Szła pośpiesznie, skulona i zdradzająca całym ciałem, że nie powinna tu być.
- Kurwa... - zaklęła Keya widząc jej brak profesjonalizmu.
I nie powinna o to dbać. Powinna przejmować się towarem, a tymczasem to dziewczę budziło w niej zbytnie przywiązanie. Śledziła każdy ruch dziewczyny niczym zwierzyna, która pilnuje swojej ofiary. Jakaś część niej była gotowa zareagować, jeśli się coś wydarzy.
Vira jednak wydawała się po prostu przerażona. Kroczyła szybko, nierównomiernie i ciągle oglądając się za siebie. Marszczyła nos odurzona fetorem ulic. Ciemność sprawiała, że gubiła orientację i nie mogła odnaleźć kątów budynków. W myślach powtarzała, że przecież wszystko będzie dobrze, że to tylko kolejna transakcja. Przecież w teorii wszystko wydawało się proste.
Kiedy stanęła przed ciemnym zaułkiem, słyszała jedynie własny przyspieszony oddech. Gdzieś w oddali ujadały nieszczęśliwe burki, a co jakiś czas gdzieś w oddali dobiegały okrzyki ludzi. Niektóre agonalne, inne przytłumione alkoholem i używkami. Nastolatka drżała, dotykając sinymi palcami ukrytego skarbu. Wiedziała, jak ważnym produktem będzie handlować.
Wtedy z ciemności wyszedł mężczyzna. Skąpany w bladym świetle własnej świecy wyglądał upiornie. Skryty pod ciemnym płaszczem zdawał się niebezpieczny. Był wysoki, a jego jasne oczy świdrowały teraz wystraszone dziecko. Stanął kilka metrów dalej, celowo unikając bezpośredniego spotkania. Oboje, zarówno on jak i ona - wiedzieli, że w tym miejscu trzeba obawiać się nawet cienia.
Na chwilę czas dla nich zastygł. Przez ułamek sekundy oboje widzieli w sobie zarówno wrogów, jak i sprzymierzeńców. Gdyby strach można było tutaj wyczuć - śmierdziałby niemiłosiernie. Choć to dziewczyna bardziej sprawiała wrażenie przerażonej. Jej naturalny instynkt krzyczał, aby uciekała. Ale ona nie słuchała.
- Przyniosłaś zioło? - burknął męski głos.
Po nim można było rozpoznać, że jest stosunkowo młody, co również mogło oznaczać, że w pełni sił.
Keya patrząc na wszystko z góry, zaciskała kłykcie na rękojeści broni tak mocno, jakby od niej zależało, co się zaraz wydarzy.
- T-tak... - drżące dłonie sięgnęły do gorsetu, wyciągając po chwili mały pakunek.
Na chwilę zapadła niepokojąca cisza, a klient nie odpowiedział.
- Nie ufam Ci - dodał nagle, a w powietrzu rozszedł się dźwięk wyciąganego ostrza. - OD kogo jesteś?
Jego akcent zdradzał, że nie pochodzi stąd. Vira poczuła jak jej serce podchodzi do gardła. Zapomniała o wszystkich zasadach, jakie miała przestrzegać. Jej oczy szukały ucieczki, a nogi zaczęły się cofać.
Keya nie mogła zdradzić, że tu jest. Walczyła z pokusą ruszenia na ratunek.
Nie możesz. Nie możesz. Nie możesz.
Jej myśli wdzierały się głębiej, a bicie serca sprawiało, że nie słyszała otoczenia. Wiedziała już bowiem, że to ona odpowie za to, co się stanie. A miała bardzo złe przeczucia.
- Od kogo jesteś?! - mężczyzna ponowił pytanie, kiedy na pierwsze nie dostał odpowiedzi.
Rudowłosa wtedy oprzytomniała. Wiedziała, że jeśli Vira cokolwiek zdradzi, będzie miała bardzo duży problem. Można by nawet powiedzieć, że zrujnuje jej to całą karierę. I całym sercem przeklinała siebie za to, że zmiękła, że dała tak młodej i głupiej istocie szansę.
Wtedy było już jasne, że Vira spanikuje. W momencie jej ciało uległo ogromnej presji. Każdy krok mężczyzny w jej stronę, a nie musiał robić ich wiele, oznaczał, że ma ją w garści. Keya nie rozumiała dlaczego dziewczyna aż tak się boi. Nie dostrzegała ze swojej pozycji jeszcze kim on jest.
- Przecież już to robiłaś... - rudowłosa szeptała do samej siebie, jakby szukając usprawiedliwienia na zachowanie młodej dziewczyny.
I zanim Keya miałaby szansę zareagować z ust Viry ulotniło się to, czego zakazane miała powiedzieć.
- J-ja... masz to co chcesz - broniła się, choć cała trzęsła, kiedy mężczyzna dosłownie był już przy niej.
Widziała biel ostrza, a kiedy dojrzała również czarną zbroję, cofając się - upadła. Zioła wyleciały jej z trzęsących się dłoni, a brud oblepił ubranie jeszcze mocniej. Kaptur opadł ukazując przerażoną twarz.
- Proszę... - błagała, kiedy jasne oczy wlepiły się w nią.
I nagle na jej szyi spoczął miecz oprawcy, zostawiając zimne odczucie.
- Powiedz, kim jest, a nic Ci nie zrobię - była wręcz pewna, że widzi na jego twarzy uśmiech.
Był mężczyzną w sile wieku, a w jego oczach już teraz widziała tylko rządze śmierci.
- K-Keya... Keya R... - nagle zastygła w bezruchu.
Pomiędzy jej obojczykiem, a szyją pojawił się sztylet. Krew zbrudziła jasne włosy, a dziewczyna zaczęła się dławić. Obraz wijącej się z bólu we własnej krwi nastolatki był odrażający. Strach, ból i śmierć u stóp mężczyzny sprawiały, że wyglądał na jeszcze groźniejszego.
On jednak tylko przeklął pod nosem, patrząc jak Vira powoli się wykrwawia. Nie zamierzał jej pomóc, bo po co? Nie to było jego misją. Wiedział bowiem, że dostał to, co chciał. A przynajmniej częściowo. Dowódca Soran będzie z niego zadowolony. Tak przynajmniej myślał, kiedy patrzył na śmierć niewinnej niewiasty.
Keya zacisnęła mocno szczękę, widząc umierającą towarzyszkę. To jej sztylet sterczał teraz w ciele dziewczyny. To ona skazała ją na wolną, bolesną śmierć. Wszystko w imię własnego dobra, choć jeszcze nie wiedziała, że Żelazne Kły poznają jej imię. I naiwnie wmawiała sobie, że zrobiła to, co musiała, żeby chronić również Virę. Bo gdyby wpadła w ręce wroga, on nie byłby łaskawy i jej śmierć nie nadeszłaby szybko. Konanie w lochach trwałoby dniami.
Rudowłosa wiedziała, że jedyne co teraz powinna to odwrócić się i schować. Straciła jeden z ukochanych sztyletów, a jej towarzyszka nie żyje. Do tego straciła cenne zioła. Poniosła porażkę, z którą nie będzie potrafiła się pogodzić jeszcze długo.
I kiedy zatraciła się we własnych myślach, patrząc z żalem na śmierć - człowiek na dole spojrzał na nią. Tylko na ułamek sekundy, ale to wystarczyło, aby rudowłosa natychmiast się wycofała zostawiając Virę, jej śmierć i sztylet za sobą. Wiedziała, że musi zniknąć. Na jakiś czas.
Czarna zbroja odbijała coraz słabsze światło świecy, kiedy dziewczyna wydawała z siebie ostatnie tchnienie. W jakiś dziki, niemoralny sposób mężczyzna czerpał przyjemność z tego widoku. Dostrzegł kogoś wysoko, choć ciemność nie pozwoliła na dalszą akcję. Wiedział, że ma wszystko, czego teraz potrzebuje. A nawet więcej, niż chciał.
Jego bezduszna twarz wykrzywiła się w uśmiechu.
Czystki dopiero się zaczęły.
Komentarze
Prześlij komentarz