CZARNA WODA I KRZYK W CIENIU
Zatrzasnąłem stary, skórzany notes, gdy z wieży zegarowej Oakhaven uderzył trzeci dzwon. Nad miastem unosiła się ta sama, co zwykle, ciężka powłoka brunatnego dymu z manufaktur, dusząca w gardle posmakiem sadzy i spalonego tłuszczu. Kolejny dzień w Erze Żelaza. Kolejny dzień nieznośnego marazmu.
Zszedłem w dół, ku Dolnemu Przedmieściu, akurat w momencie, gdy na plac wjechały ciężkie, okute żelazem wozy Zakonu Ortodoksji. Towarzyszyły im „Żelazne Kły” – gwardziści z Wielkiej Straży Króla. Ich czarne pancerze lśniły złowrogo w chłodnym, jesiennym słońcu. Na czele, na ogromnym, ogarniętym apatią ogierze, jechał on. Namiestnik Soran. Nie odezwał się ani słowem. Wystarczyło, że uniósł zakutą w stal dłoń, a tłum gapiów natychmiast zamarł w paraliżującym strachu.
Ludzie z Inkwizycji, odziani w poplamione krwią i alchemicznymi odczynnikami fartuchy, przystąpili do swojej codziennej rutyny. Do głównych miejskich studni zaczęli wlewać gęstą, oleistą ciecz. Kolejna potrójna dawka jadu. „Środki na chwasty” dla bezpieczeństwa korony.
– Pijcie i bądźcie bezpieczni! – zachrypiał jeden z inkwizytorów, ale jego głos utonął w nagłym, rozdzierającym ujadaniu.
To były Inkwizycyjne Ogary. Trzymane na grubych łańcuchach, ślepe bestie zaczęły szaleńczo szarpać się w stronę bocznej uliczki, z ich pysków kapała czarna, spieniona ślina. Wyczuły to. Iskrę. Ktoś w tłumie, jakiś przerażony dzieciak albo ukrywający się elfi uciekinier, nie utrzymał swoich mocy na wodzy. Chwilę później powietrzem wstrząsnął wysoki, nienaturalny pisk ogarów, a strażnicy z wyciągniętą bronią ruszyli w głąb slumsów. Soran nawet nie odwrócił głowy. Dla niego ta czystka była tylko kolejnym punktem w biurokracji króla Aldena.
Woda w studniach zbielała, by po chwili przybrać mętną, siną barwę. Ci, którzy stali w kolejce z wiadrami, patrzyli na nią z rezygnacją. Wiedzieli, że muszą ją wypić. Alternatywą była śmierć z pragnienia lub loch.
Mówią, że sto lat temu Scanlon zgładził Sitię, byśmy mogli żyć w pokoju. Ale patrząc na te pękające, czarne żyły na dłoniach moich sąsiadów i słysząc krzyki niesione z lochów inkwizycji, zastanawiam się... czy ten pokój nie jest gorszy od wojny?
Mgła znad czarnego lasu podchodzi pod same mury. Coś wisi w powietrzu. Coś, czego nawet jad w studniach nie zdoła otępić.
Czas i miejsce akcji: Oakhaven / Obrażenia wokół Muru, Lato, Rok 104.

Komentarze
Prześlij komentarz