Od Sorana CD Keyi
Zimna, lecz krystalicznie czysta woda spływała po nagim ciele mężczyzny - luksus, na który mogli pozwolić sobie nieliczni. Skóra naznaczona była bliznami, a w niektórych miejscach można było dostrzec świeże rany. Mężczyzna przyzwyczajony do tak błahego bólu nawet nie drgnął, kiedy przez przypadek uraził jedną z nich. Westchnął ze zmęczeniem, kiedy w końcu dokończył nocny rytuał.
Kiedy znalazł się chwilę później we własnej sypialni i przyodział nocną koszulę, do jego drzwi dobiegło nerwowe pukanie. Początkowo je zignorował. Nie lubił kiedy ktokolwiek naruszał jego czas odpoczynku.
Jednak kiedy rozległo się ponownie, wiedział już, że nie powinien tego ignorować.
Przyodział luźne, ulubione spodnie, a potem ze zirytowanym spojrzeniem otworzył drzwi.
- Dowódco - młody, nieco wystraszony chłopak zasalutował. - Przybył wysłannik Króla.
Soran zmarszczył brwi w geście lekkiego zdezorientowania. Nocne rozkazy zwykle oznaczały niekoniecznie przemyślane działania.
- Wpuść. - krótki komunikat wypełzł z niego niczym syk, po czym przeszedł do swojego gabinetu, gdzie zwykle przyjmował gości.
Tylko chwilę później przed nim stał starszy mężczyzna, wyraźnie zmęczony życiem. Oczy miał podkrążone od braku snu, a jego ciało wyglądało, jakby zaraz miało upaść.
- Królewski rozkaz Sir - lekki pokłon był wyrazem szacunku z jego strony. - Kazał rozpocząć czystki.
Dowódca tylko na ułamek sekundy poczuł zawahanie. Nie był to najlepszy pomysł. Obawiał się, że to kolejna decyzja, która będzie miała swoje piętno w przyszłości.
- Rozumiem. - skinął głową, choć jego myśli buzowały.
Jako naczelnik powinien działać w imię Korony, ale i dla Korony. Zobowiązał się do tego dawno temu i zamierzał wykonywać każdy rozkaz wedle Króla. Jednak ostatnimi czasy zauważył w nim zmianę. Jego decyzje często wydawały się chaotyczne, a on sam wyglądał coraz gorzej.
Soran obawiał się, może wręcz wyczuwał, że coś złego się dzieje. Coś, na co jeszcze nie jest przygotowany. Czuł wewnętrzną potrzebę na zgłębienie tego tematu, ale wciąż służył Królowi Aldenowi. Nie mógł tak po prostu nie wykonać rozkazu ani na niego bezpośrednio wpłynąć.
Po chwili został sam w pokoju. Otoczony jedynie dźwiękiem krzątających się niewolników na korytarzu lub żołnierzy. W jego gabinecie pachniało woskiem i drewnem. Zapach, który zawsze koił jego nerwy.
I choć sam uważał się za człowieka cierpliwego, a także prostego - bo przecież dobrze wie, kim jest w tej grze - to czasem przychodziły dni, w których potrzebował pomocy z zewnątrz.
Wplótł palce w kruczoczarne, odrobinę dłuższe włosy. Wciąż wilgotne grzecznie układały się pod jego palcami. Na chwilę zamknął oczy z ciężkim westchnięciem.
Wiedział, że jutro będzie ciężki dzień.
Poranek nadszedł szybko. Słońce przebijało się przez okna, głaszcząc zmęczoną twarz mężczyzny. Jednak jego pobudka zawsze wyglądała tak samo, tak jakby urodził się gotowy do pełnienia służby. I może właśnie dlatego to on wspiął się na wysoki szczebel, a nie ktoś inny.
Jego muskularne ciało napięło się, kiedy na skórze poczuł chłodny powiew wiatru. Jedna ze służek stała przy uchylonym oknie i poprawiała zasłony, widząc, że Dowódca się obudził.
Prawdę mówiąc Soran nigdy nie był przekonany do posiadania niewolników. Mieszkając na terenie Garnizonu pod Zamkiem musiał się jednak na to zgodzić. Odrzucił on bowiem przyjęcie własnego majątku, zupełnie poświęcając się służbie Koronie. W zamian otrzymał ich, ludzi bez własnej woli na każde jego zawołanie i żołnierzy. To tutaj również mógł codziennie doglądać jak są szkoleni. A Żelazne Kły były zatrważająco silną armią. Bowiem wojsko składało się z ostrożnie wybranych ludzi. Niczym niszczycielska machina wyuczeni ślepo podążać za rozkazami. Soran nigdy nie słyszał narzekania czy użalania się na swój los. Żołnierze byli zdyscyplinowani, a on czuł dumę wiedząc, że to również jego zasługa.
- Dzień dobry Panie - młoda dziewczyna pochyliła się z szacunkiem. - Śniadanie już czeka.
Obserwował ją przez kilka sekund zanim odpowiedział. Była ładna i zupełnie mu oddana. Zawsze zerkała na niego z ciekawością, choć czasem i strachem.
- Wyjdź - rozkazał chłodno, choć nie przejął się tym zupełnie.
Służka wyszła, pozostawiając go samego.
Nie potrzebował niańczenia. Uważał, że to nieludzkie i sprawia, że żołnierz staję się miękki. Jednocześnie wiedział, że Ci ludzie potrzebują niewolnictwa. Co innego mogliby robić?
Odrzucił niewygodne myśli na bok i skupił się na przygotowaniu do ważnego dnia.
Czystki mimo, że za każdym razem wyglądały tak samo - dla niego były bardzo ważne. Każdy krok przygotowań odprawiał bezbłędnie i wiedział, że nie może pozwolić sobie na żaden błąd. Jego obłęd perfekcji był wręcz niczym choroba.
Kilka godzin później dosiadł potężnego ogiera Archera. Ciemnogniady perszeron wydawał się niewzruszony praktycznie niczym. Mimo, że nie był rumakiem szybkim, to w boju sprawdzał się znakomicie. Silne nogi, potężna klatka piersiowa i niezachwiana równowaga, a także solidna masa sprawiały, że z łatwością przebijał się przez rycerzy wroga.
Soran nie znał miłości do zwierząt. Dla niego były po prostu istotami, które były ludziom podległe. Doceniał jednak zwierzę z należytym mu szacunkiem i traktował konnicę jako bardzo ważny element na wojnie. Poklepał więc teraz ogiera po grubej szyi i poprawił czarną zbroję na sobie.
Poranek był jeszcze wczesny. Plac spowity był mgłą, a rześki zapach uderzał w nozdrza.
- Każdy, kto wykazuje choć cień magii ma zostać złapany - jego głos roznosił się po całym garnizonie.
Zebrane Kły wyglądały imponująco nawet, kiedy używali tylko części swoich sił. Do Czystek bowiem nie przystępowali wszyscy. W większości byli to kadeci i świeżo upieczeni rycerze. Dla nich był to dobry test. Kilka procent zawsze rezygnowało.
- Jeśli ktoś próbuje walczyć, macie się go pozbyć. Nie możemy sobie pozwolić na żaden akt buntu - ani przez chwilę nie załamał mu się głos. - Poruczników zapraszam do zdania raportów z nocnych patrolów.
Wiedział, że początek Czystek nie jest dla niego istotny. Wydzieranie ludzi z ich domów, przeczesywanie brudu Podziemia i całe to zamieszanie wprawiało go tylko w irytację. Słuchanie raportów było przy tym wręcz przyjemną częścią.
Poczekał na wyjazd pierwszej Straży, która już chwilę miała siać postrach wśród zwykłych obywateli. Potem ścisnął wodze i musnął łydkami rumaka, aby ustawić się przodem do Setników - niższych rangą dowódców. Oni otoczyli jego konia z dystansem, aby następnie kolejno na jego wezwanie złożyli meldunki.
To przy przedostatnim Soran zatrzymał się dłuższą chwilę. Pokwapił się nawet, aby zejść z Archera, który tylko nerwowo stąpał kopytami.
- Jak to zabiła swoją? - dopytywał wyższy o głowę Dowódca, kiedy jego podwładny w końcu dokończył raport.
- Wydaje mi się, że nie mogła słyszeć o czym rozmawiamy - przyznał jasnooki mężczyzna - Musiała to zaplanować, albo to zasadzka.
W odpowiedzi dobył się cichy pomruk. Soran intensywnie wpatrywał się w zawiniątko, które przed chwilą podał mu żołnierz. Coś w jego intuicji mówiło, że nie powinien tego otwierać, że ta przyszłość przyniesie mu zgubienie.
- Opisz, jak wyglądała. - rozkazał, jeszcze bawiąc się skrawkiem materiału na znalezisku.
Zauważył, że na rogach zastygła już dawno przelana krew.
- Nie widziałem, Lordzie Dowódco - przyznał, a jego głos lekko się załamał, jakby w obawie na reakcję swojego dowodzącego - Jej imię to Keya R. - zaakcentował głośno.
- Keya - powtórzył chłodno Soran, jakby te litery oznaczały całe zło tego świata. - Muszę pomyśleć co dalej. Odmaszerować.
Bez spojrzenia na podwładnego odesłał go komendą, na co ten drugi skinął pokornie. Wtedy Dowódca skupił się na tym co trzyma w dłoniach jeszcze mocniej. Powoli odwinął cienki, zakrwawiony materiał i zobaczył przed sobą średniej wielkości sztylet. Był wykonany bardzo solidnie, a stal wyglądała na jedną z lepszych - była barwiona na czarno, co mogło oznaczać, że jest bardziej wytrzymała. Na krótkiej, ale dobrze dopasowanej do dłoni rękojeści widniały przetarcia wskazujące na aktywne ich używanie. Mężczyzna skupił się jeszcze bardziej kiedy oglądał tępy koniec broni. Tam zobaczył skryty pod krwią znak, który go zainteresował. Przysunął kciuk bliżej, ścierając zaschniętą ciecz i zamarł.
Zauważył mały, pęknięty symbol przedstawiający złamane skrzydło. Dla zwykłego człowieka oznaczałby tyle, co nic. Jednak wprawne oko wiedziało, że to coś znacznie większego.
- "Królewskie Cienie..." - szepnął, choć nikt nie mógł go usłyszeć.
Przed jego oczami pojawiły się obrazy sprzed dziesięciu lat, kiedy to on sam był jeszcze dość młodym kadetem. Widział tajną, utajnioną rzeź Królewskiej Gwardii, która wtedy sprzeciwiła się woli Króla. Ten wpadł w szał i użył każdej dostępnej siły, aby ich wybić. Soran w tamtym czasie osobiście zabił wielu Rycerzy. Tych, którzy najpierw tak jak on służyli z sercem na dłoni temu samemu władcy. Tych, którzy byli jednymi z lepszych. Zabijał Gwardię, która prawdopodobnie w tamtym czasie była tak samo potężna jak jego teraz.
Mężczyzna przesunął mocniej palce na symbolu, a jego szczęka niebezpiecznie się zacisnęła. Wspomnienie tamtych dni nie było przyjemne. Do tej pory kłuło go poczucie winy, bo przecież byli to jego bracia.
Wiedział, że to może być tylko przypadek. Może broń trafiła na czarny rynek, może po prostu przetrwała tamten czas. Jednak w jego umyśle pojawiła się nić ostrzeżenia. Nie mógł zapomnieć, że ktoś mógł dowiedzieć się o tamtej rzezi i Królewskie Cienie będą szukać zemsty.
Soran uniósł spojrzenie na ogiera, chwytając za wodze, a następnie rozejrzał się po służących mu rycerzach. Ich istnienie było dowodem potęgi, której mężczyzna dowodził. Jednocześnie potęgi, która zawsze może sięgnąć końca. I to teraz zaprzątało głowę wielkiemu dowódcy.
Wiedział, że musi się tym zająć. Chciał osobiście przesłuchać Keye, kimkolwiek by ona nie była. A jeśli będzie potrzeba, sam się jej pozbędzie.
- Ruszamy na Czystki - zarządził. - Zabić każdego władającego magią jakiego znajdziecie.
W jego krwi wrzała wściekłość. Nerwowo dosiadł konia, aby zaraz potem spiąć go mocniej na pysku. Musiał wyładować swoją złość i doskonale wiedział na kim tego dokona.
Wiedział też, że nie pozwoli na powtórzenie się historii. Nie, kiedy on dowodzi.
A każdy, kto się sprzeciwi jego woli skończy z demonami po drugiej stronie.
I z takimi myślami wyruszył w miasto ze swoimi pionkami siać strach.
Komentarze
Prześlij komentarz